Winny Team Work

Żadna sztuka być szóstym pokoleniem w winiarskiej rodzinie. Znacznie trudniej sprawić, by tradycja przetrwała kolejne sześć pokoleń – mówi Sam Clarke, stojący na czele rodzinnego biznesu.

Wygląda na to, że wszystko jest na dobrej drodze. W tym roku – po raz kolejny – najważniejszy przewodnik po australijskich winach Australian Wine Companion Jamesa Hallidaya (piszemy o nim w nr 33 „Czasu Wina” z 2008 r.) nadał mu pięć czerwonych gwiazdek. To australijska winiarska stratosfera. James do tego grona zaliczył jedynie 8% wszystkich ocenianych winiarni (przewodnik liczy w tym roku 768 stron).
Czego zatem potrzeba, by w ciągu niespełna dwudziestu lat wyrosnąć na jedną z najpoważniejszych winiarni w tak konkurencyjnym towarzystwie australijskim?
Jeden powie: trzeba kupić najlepszą ziemię, posadzić winnice, by dostać najwyższej klasy owoc. W Australii jest to tylko częściowa prawda. Wielu, nawet bardzo znanych winiarzy, produkuje tu wina, opierając się na kupowanych od innych producentów winogronach. Rzecz w Starym Świecie niebywała, tu jest na porządku dziennym.
Po prostu, specjalizacja sięga już tak daleko, że powoli zawód winogrodnika oddziela się od zawodu winiarza. A zatem posiadanie dobrej ziemi nie jest w Australii warunkiem koniecznym do osiągnięcia sukcesu.
Drugi stwierdzi: trzeba zbudować winiarnię, wyposażyć ją w nowoczesną technologię, kontrolować temperaturę, macerację, fermentację, plus rzędy dębowych beczek (oczywiście francuski dąb(łac. Qercus) roślina drzewiasta z rodziny bukowatych obej... (...)! – upierać się będą winiarscy ortodoksi). Ale w Australii większość win robiona jest w wynajmowanych winiarniach.
Znowu współczesna specjalizacja poszła tak daleko, że wielu winiarzy nie posiada własnych winiarni, a jedynie wynajmuje określone urządzenia i metry kwadratowe do własnej produkcji. Tym sposobem zwrot kapitału zainwestowanego w urządzenia i budynki następuje dużo szybciej.
Ale to nie urządzenia tworzą wina ani same – choćby najlepsze – winogrona nie przemienią się w winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...). Do tego potrzebni są ludzie. W coraz bardziej odhumanizowanym świecie człowiek pozostaje wciąż niezbędnym elementem w procesie tworzenia.
Dobrze rozumieją to Clarkowie, którzy dawno już uwierzyli, że potrzebują zdolnego, pracującego razem zespołu, aby przedrzeć się do australijskiej Ligi Mistrzów.
W większości polegają na własnych winogronach. Hołdują staroświatowym zwyczajom, że najlepsze winogrona tworzy się samemu. Jednak winnica to bardzo wrażliwy organizm – trzeba dobrze wiedzieć, jak z nim postępować. Sami nie będąc winogrodnikami, zatrudnili Petera Wilda, doświadczonego człowieka, który w swoim czasie odpowiedzialny był za jakość winogron dla Grange, jednego z najbardziej znanych australijskich win.
Nie bacząc zbytnio na dłuższy termin zwrotu zainwestowanego kapitału, zdecydowali się stworzyć własną winiarnię. Ciekawa to winiarnia, w australijskim stylu, gdzie wszystko, poza dojrzewalnią win w beczkach, znajduje się pod gołym niebem. Na jej czele postawili młodego winemakera Dereka Fitzgeralda. Derek jest absolwentem Instytutu Enologii na uniwersytecie w Adelajdzie, jednym z najlepszych na świecie.
Marketingiem zajmuje się Steve Machin, ważna postać w winnym biznesie. To on wymyślił i wprowadzał na rynek znaną również w Polsce markę Banrock Station.
Zespół uzupełniają Nicole Clarke wraz z Katie Neldner i Jarrodem Hornem, prowadzący finanse firmy.
Za wszystkim, co powstaje, stoją jacyś ludzie. Za winem, które kupujemy, również stoją. Od ich pasji i poświęcenia wiele zależy. Szczęśliwie – wszystko, nawet w Nowym Świeciepopularne, zbiorcze określenie pozaeuropejskich państw win... – zależy jeszcze od ludzi.