Po trzykroć Montepulciano!

Artur Baranowski16.04.2018 10:31

Z Mariuszem Szczygłem, dziennikarzem, reportażystą i pisarzem, o toskańskich doświadczeniach, oscarowych etykietach i wpływie wina na literacką pracę rozmawia Artur Baranowski, laureat nagrody Blog Roku 2017 Internautów, autor bloga Wine Book, na którym dobiera wino do książek.

Pamięta Pan swoje pierwsze winne doświadczenia?
fot. Jacek Dominski/REPORTERTakich młodzieńczych nie. Mam wrażenie, że pierwszy raz w życiu usłyszałem o winie dopiero w 1994 roku, kiedy miałem 28 lat. Wiosną poznałem w Warszawie przez przypadek Włoszkę o niesamowitych imionach – Federica Concetta Iole – a do tego o niespotykanym nazwisku: Della Casa Marchi, co znaczy „z domu Marchi”. Jesienią pojechałem do niej do Viareggio koło Pizy. I ona powiedziała wtedy, że pije jedną butelkę wina białego dziennie. Sama. Spytałem, czy jest alkoholiczką. Spojrzała na mnie jak na wariata. „We Włoszech – powiedziała – albo wszyscy są alkoholikami, albo nikt!”. Od tego czasu byłem w Toskanii czterdzieści razy. Tam nigdy się nie upijam, choćbym nie wiem, ile wypił. Pamiętam też, jak w Warszawie podano nam bardolino, a Federica na to: „O, Dio! O, Dio! Ja nieszczęsna z Toskanii muszę pić bardolino, które może być tylko dowód upadłości”. Zapamiętałem to zdanie w takim brzmieniu. Ona wtedy uczyła się polskiego, z takim wdziękiem używała tego języka. Pytaliśmy, co pić, jak będziemy we Włoszech? „Jako bezwinni Polacy nie macie żadnego wyczucia wina, więc na wszelki wypadek mówcie: Montepulciano! Montepulciano! Może wtedy coś dobrego Wam przyniosą” – taką radę mi dała.

I czy poszedł Pan za radą włoskiej przyjaciółki? Trafił Pan potem gdzieś na dobre montepulciano?
W Montepulciano oczywiście. W ogóle uwielbiam te małe toskańskie miasteczka. W grudniu byłem na ślubie Federiki i pojechaliśmy do miasteczka Monteriggioni, niedaleko Montepulciano, w którym nie ma ani jednego nowego domu, wszystko jest średniowieczne. I tam w osterii podawano nam oczywiście vino da tavola w karafkach. Niezbyt cennych, ale pięknych, z pofałdowanego szkła. I taką karafkę zdobyłem, stoi teraz na moim stole. Ale używam jej na wodę.

Czy są butelki, które Pan wspomina szczególnie? I szuka ich na półkach sklepowych?
Któregoś dnia otworzyli obok mojego domu na Powiślu w Warszawie mały sklep z hiszpańskim winem. Te hiszpańskie etykiety są wspaniałe. Ja wchodzę do tego sklepu czasem tylko po to, żeby zwiedzać etykiety. Przyciągają wzrok, są tak pomysłowe, no nie można się oprzeć. Wiem, że czytelnicy magazynu „Czas Wina” mogą się śmiać, ale już tylko dla pięknych etykiet bym te wina kupował. Jest jednak taka butelka z czarno--białą twarzą, chyba dziewczynki, która patrzy bardzo złowieszczo na kupującego. Wino czerwone Honoro Vera Garnacha. Było serwowane na gali rozdania Oscarów w 2013 roku, jest projektem wybitnego hiszpańskiego enologa Juana Gila. Wiśniowo-jeżynowe, a potem się czuje pieprz. No i co się okazało? Otóż pijąc to wino, zacząłem pisać lepsze felietony do „Dużego Formatu”. Po prostu ono ma wpływ na mój cykl Projekt: prawda. Od razu zdania są bardziej pomysłowe. Odwagi nabieram w formułowaniu poglądów. Naprawdę pożyteczne wino. A teraz jak wchodzę do tego sklepu, to mówię: „Dwa do felietonu, poproszę”. I sprzedawcy już wiedzą, które.

A ile Pan wypija, pisząc felieton?
Broń Boże, nie dwie butelki, maksymalnie pół. Bo ja cię czymś zaskoczę – nigdy się nie upijam. Umiem powiedzieć „stop”.

Okazuje się, że sentencja „in vino veritas” w kontekście Pańskiej książki Projekt: prawda nabiera szerszego znaczenia. Która z Pana książek jest najbardziej „podlana” winem?
To prawda, wino płynie w myślach zawartych w książce… Naprawdę, wiele z tych „prawd” nie powstałoby bez wina, bo dopiero po nim wydały mi się prawdami interesującymi.

Książka Projekt: prawda to zbiór miniatur z życia autora i czytelników jego reportaży. Reporter poszukuje prawd życiowych w małych i dużych miastach Polski, USA, Czech, Francji i… Laosu. Obok znanych postaci, jak np. Tomasz Stańko czy Ryszard Kapuściński, pojawiają się tu przypadkowo spotkani pasażerowie pociągów, taksówkarze, sklepikarze i bywalcy knajp. Prowokuje ich do zwierzeń, a nieraz podkrada im życiowe prawdy, żeby podzielić się nimi z całym światem.
Montepulciano to pierwsze poważne winne wspomnienie Mariusza Szczygła, dlatego proponuję smakować jego książki właśnie przy kieliszku wina z tego wyjątkowego zakątka Toskanii. Jeśli myślicie, że wino z etykietą nobile di montepulciano to anonimowy trunek, jesteście w błędzie. Jeśli kochacie chianti, a brunello jest zbyt mocarne, to właśnie to wino będzie idealne. Jako pierwsze we Włoszech otrzymało status DOCG, a sam Voltaire pisał o nim na kartach swoich powiastek filozoficznych. Skoro już w oświeceniu je podziwiano, to i dziś warto go spróbować.
Na koniec zdradzę tajemnicę bohatera tekstu. Otóż Mariusz Szczygieł jest w rozpaczy, bo dwa miesiące temu wpadł w nałóg… trzeźwości. Ale bądźmy dobrej myśli, że wino samo go odnajdzie. Może powinien wypowiedzieć zaklęcie? Jakie? To oczywiste – trzy razy krzyknąć: „Montepulciano!”.

Czas Wina nr 92

Zdjęcia

FB